72 go świętego, a które jego pierwszy mariański biograf nazwał „krzyżem lwowskim”. Ukazując to wydarzenie jako „otwarcie bramy na inną rzeczywistość”, ks. Jan Kosmowski tak streszcza historię wydarzeń lwowskich spisaną przez pierwszych biografów Założyciela Zgromadzenia Księży Marianów: Do Lwowa młody Jan Papczyński udał się w 1646 roku z zamiarem poświęcenia się studiom. Tam po kilku miesiącach różnych niepowodzeń zapadł na chorobę, której skutkiem była tak wysoka gorączka, że omal nie utracił życia. Wyniszczająca choroba trwała 15 tygodni, doprowadzając chorego do opłakanego stanu; jego ciało pokryło się odrażającym świerzbem. Właściciele domu, u których w tym czasie zamieszkiwał, w obawie, że zaraził się trądem i z lęku przed tą straszną chorobą, bezdusznie się go pozbyli, wyrzucając na ulicę. Janek szukał schronienia w przytułku, ale i tam nie pozwolono mu pozostać. Z dnia na dzień stał się bezdomnym żebrakiem, chorym i cierpiącym, bez ludzkiej pomocy, nikomu, prócz Boga, nieznanym. W tej opłakanej kondycji zastała go surowa zima, śnieg i ostry mróz, czyniąc jego sytuację jeszcze bardziej dramatyczną. Bezradny wobec przerastających go okoliczności, samotny, tułał się po ulicach Lwowa, sypiając pod gołym niebem lub chroniąc się przed zimnem w stogu siana poza miastem. Żywił się tym, co użebrał do spółki z jakimś tajemniczym młodzieńcem. W wigilię Bożego Narodzenia objawy choroby nasiliły się, pozbawiając go sił. Zupełnie opuszczony, zakopany w stogu siana Jan rozmyślał o Zbawicielu, który dla naszego odkupienia urodził się w stajni i siano było Mu posłaniem. W tej straszliwej chorobie i osamotnieniu podobny był do biblijnego Hioba i żebrzącego Łazarza: cały pokryty wrzodami i cuchnącymi ranami. Po kilku dniach wyczołgał się ze stogu i powlókł do miasta. Doszedłszy do pierwszych zabudowań, zdołał jedynie wczołgać się do sieni pewnego domu, po czym opadł bez sił. Rodzina, która tam zamieszkiwała, okazała mu miłosierdzie i pozwoliła pozostać. Tu los biblijnego Łazarza dosłownie stał się jego udziałem: domowe psy przychodziły do niego potulnie i lizały jego rany, przynosząc mu ulgę w cierpieniach.12 12 Jan Kosmowski, Marianie 1671–1788, PROMIC, Warszawa 2020, s. 24–25.
RkJQdWJsaXNoZXIy MjI2Mw==