Znaki Tajemnicy

86 uwięził w zamkniętym pokoju, a proszącemu o to zabronił udzielenia Sakramentu Ostatniego Namaszczenia i rozkazał, aby nikt nie zbliżał się do [mnie] prawie już umierającego. Nie pozwolił mi również napisać listu do Generała i Protektora i pognębił [mnie] z taką gwałtownością, jaką z trudem można zauważyć wśród tyranów. Wreszcie, gdy mój Najdostojniejszy Biskup Diecezjalny Krakowski i opiekun zażądał od niego, aby mnie sprowadził na powrót do Krakowa, postarał się raczej, abym był przewieziony na Węgry [do Prievidzy], znowu pod obstawą dwóch żołnierzy, i polecił, aby mnie tam trzymano w zamknięciu, dopóki nie zostanę uwolniony pismem ojca Generała, który chciał mnie już zwolnić ze Zgromadzenia. Oskarżył mnie na koniec po wszystkich domach, aby także pośród niektórych sprzyjających mi ojców Prowincji [polskiej] podżegać szkaradną wrogość.36 Zatem sytuacja uwięzionego Ojca Papczyńskiego wycieńczonego zimnem, chorobą, a przede wszystkim ową podkreślaną przez niego wrogością przełożonych, nielicującą z godnością ludzką, a tym bardziej chrześcijańską, nie sprzyjała z pewnością refleksjom zakonotwórczym. Osamotniony więzień wręcz nie był zdolny do niczego sam z siebie i chyba o to właśnie chodziło. Ostatnie wysiłki służące obronie siebie i swoich słusznych skądinąd racji spełzły na niczym. Nie pozwolono mu nawet napisać listu do swoich ewentualnych protektorów. Znów więc powtórzyła się sytuacja całkowitego opuszczenia przez ludzi, jak niegdyś we Lwowie, i znów Pan sam go pocieszył i umocnił swoją Obecnością, właśnie przez Divina visio. Choć bowiem Ojciec Papczyński nic o tym nie mówi wprost, to jednak można i chyba należy spojrzeć na ten kulminacyjny moment jego życia na zasadzie analogii z wydarzeniami lwowskimi. Tak bowiem jak po cudownym, a zarazem prozaicznym ocaleniu z choroby we Lwowie, kiedy lekarstwem okazały się psy liżące jego rany, choć tak naprawdę nic nie wiemy o duchowych przeżyciach i doświadczeniach młodego wówczas Papczyńskiego, tak i teraz, po prawie trzech miesiącach uwięzienia, Ojciec Stanisław od Jezusa i Maryi został w końcu najzwyczajniej w świecie uwolniony, ale opuścił pijarski karcer już jako inny człowiek. Cóż tam się właściwie wydarzyło? Tego nie wiemy. Jak jednak przed zgoła dwudziestoma czterema laty we Lwowie zrozumiał, że sam z sie36 Tamże, nr 19–20, s. 1270–1272.

RkJQdWJsaXNoZXIy MjI2Mw==