Moj Udzial 2018

o. S. Papczyńskiego stanęła otworem. Te nieliczne informacje otrzymywałem wówczas na bieżąco od ks. Kazimierza. Po zreferowaniu swego udziału w procesie beatyfikacyjnym powinienem chyba jeszcze coś powiedzieć na temat poważniejszych przeszkód i trudności, których nie brakło. Jestem pewny, że ich sprawcą był zły duch, który potrafił działać na różne sposoby. Najpierw – mogę tak to określić – wściekł się na mnie, kiedy zaczynałem spisywanie z rękopisu do komputera Inspectio cordis . Pewnej nocy zbudzony ze snu, przeżyłem jakiś rodzaj ataku na swoje życie, ale gdy otrzymałem pomoc Bożą, już się to więcej nie powtórzyło. Uważam, że sam opis mogę sobie podarować. Osiągnąłem z tego korzyść, bo zrozumiałem, jak wielką wartość ma Inspectio cordis , a ponadto od tego czasu pozostała mi już na stałe cenna praktyka codziennego odmawiania aktów wielbienia Pana Boga i chwalenia Go w Jego świętych: Niech będzie Bóg uwielbiony itd. „Niech będzie uwielbiony w swoich aniołach i swoich świętych”. Kiedy otrzymywałem z Prowincji Polskiej ponaglania, żeby coś pisać pod kątem potrzeb sprawy beatyfikacji, prosiłem o. Prowincjała o przysłanie mi do pomocy brata zakonnego, który mógłby mnie, jako ówczesnego przełożonego Domu rzymskiego odciążyć od takich prac i obowiązków, jak troska o obejście i ogród. Prowincjał po jakimś wahaniu przysłał brata, ale zamiast mieć z niego pomoc pozwalającą mi pisać, otrzymałem dodatkową przeszkodę i straszny ciężar. W re- zultacie przeżytych trudności wyniosłem jeszcze silniejsze przekonanie, że szatan bardzo się sprzeciwia mojemu zaangażowaniu do pracy w procesie beatyfikacyjnym o. Stanisława. Należy tutaj również powiedzieć, że wcześniej przysłany do pomocy ks. Krzyżanowskiemu ks. Władysław też nie odciążył go w pracy sekretarza, ponieważ zaraz po przyjeździe tak poważnie zachorował, że został umieszczony na długi czas w szpitalu, prze- szedł operację na sercu, był pielęgnowany, a potem powrócił do Pol- ski. W ten sposób i ks. Krzyżanowskiemu, i przełożonemu domu przybyło wiele dodatkowych zajęć i utrapień, bo przecież trzeba było ratować życie ks. Władysława. Wspomnę jeszcze o jednej, już ostatniej ważniejszej sprawie. Kiedy napisałem artykuł „Kłopoty z o. Stanisławem Papczyńskim” 24

RkJQdWJsaXNoZXIy MjI2Mw==