maz bozy

7 Książka ta jest świadectwem fascynacji duchowych synów, którzy po latach ignorancji odkrywają ojca. Czytelnik ich oczami spogląda na Stanisława Papczyńskiego z coraz innej strony, odkrywa jego aktualność (np. w arcyciekawych „Czytankach okolicznościowych – majowych, czerwcowych itp.), jego duchowość, religijność, teologię (odczytywaną zresztą niekiedy dość krytycznie) i ostatecznie jego samego jako człowieka. Ojciec Papczyński był człowiekiem niezwykłym, a także dość niezwykłym kandydatem na ołtarze. Syn wiejskiego kowala spod Nowego Sącza, uparty góral, pokonał pierwsze trudności związane z nauką i już jako piętnastolatek, powodowany chęcią zdobywania wiedzy, opuścił dom rodzinny. Potrafi ł oprzeć się stanowczo próbom molestowania go przez nauczyciela. Przez pewien czas żył jak kloszard, ciężko chorował i wreszcie, idąc za głosem powołania, wstąpił do młodego wówczas zakonu pijarów. Dość szybko rozpoznano w nim wzorowego zakonnika o wybitnych zdolnościach. To jednak nie koniec. Z zakonu, już po złożeniu ślubów, występuje, zresztą, z punktu widzenia kościelnego, całkowicie lege artis. Decyzję tę poprzedziły ostre konfl ikty ze wspólnotą, których tło do dziś nie jest całkowicie jasne. Być może chodziło o reakcje młodego zakonnika na brak obserwancji zakonnej we wspólnocie, może o sprzeciwy na zależność polskiej wspólnoty od przełożonych innych nacji, dość, że oskarżony o nieposłuszeństwo, Papczyński na długi czas poszedł siedzieć do karceru, zyskując określenie „turbator provinciae”. Ostatecznie opuścił zakon, by – jak powiada – oszczędzić wspólnocie dalszych niepokojów. Absolutnie nie zainteresowały go otwierające się przed nim perspektywy „kościelnej kariery”. Nie miał wątpliwości, co ma uczynić, wiedział, że jego powołaniem jest założyć zakon. Bez kandydatów, bez kościelnych gwarancji, że się to uda, złożył odpowiednie śluby, przywdział nowy, biały habit, obmyślał regułę i szukał towarzyszy. Patrząc po ludzku, to mu się nie mogło udać. Zwłaszcza, że Watykan był w owym czasie przeciwny powstawaniu nowych zakonów i tworzeniu nowych zakonnych reguł. Papczyński miał trudny, gwałtowny i weredyczny charakter, jednocześnie jednak czymś ludzi porywał. Gromił np. (w zachowanych kazaniach) nadużycia szlachty i magnaterii, nawet spierał się z królem, a jednocześnie był poszukiwanym także wśród jaśnie wielmożnych spowiednikiem, cenionym kaznodzieją i czytanym autorem. Kiedy z młodą wspólnotą osiadł w podwarszawskiej Nowej Jerozolimie (dzisiejszej Górze Kalwarii), zbudowanej w duchu ówczesnej pobożności przez zaprzyjaźnionego bp. Wierzbowskiego, do obsługi otrzymali małą, położoną za miastem wśród bagien, kapliczkę – Wieczernik, od której rozpoczynały się dróżki Męki Pańskiej. I choć inne zakony miały w mieście okazałe kościoły, dziś ocalały z nich tylko dwa, i ubogi Wieczernik. Zakon też ocalał, choć nigdy zbytnio się nie rozrósł. Miał służyć ubogim i sam był ubogi, pomagać proboszczom oraz intensywnie modlić się za zmarłych. No i miał jeszcze w zamyśle pierwszy cel o. Papczyńskiego: głosić cześć Niepokalanego Poczęcia

RkJQdWJsaXNoZXIy MjI2Mw==