maz bozy

180 życie, i wydaje się je całe bez nadziei przeżycia na nowo lat ubiegłych. I to jest »powołanie« przyjęte w miłości... Co przyniesie to życie? Wie się mniej więcej, jak się zaczyna, ale nie wiadomo, na czym się skończy. Czy się będzie dość mocnym i wiernym? W czasie wędrówki przez pustynię, jakiej dokonał Mojżesz z narodem izraelskim, w połowie drogi Żydzi zaczęli szemrać, chcąc wrócić do bezpiecznej krainy starych przyzwyczajeń i pewności materialnej. Pustynia jest przeciwieństwem gniazda. Zaangażować się na przepadłe w jedną miłość, to jest akt ogromnej odwagi”1. 2. Podobny stan ducha mógł przeżywać młody Jan Papczyński (później w zakonie Stanisław) w czasie krótkiego pobytu w domu rodzinnym po ukończeniu studiów fi lozofi cznych. Nie była to jego pierwsza myśl o powołaniu do służby Bożej. Już w dzieciństwie przyszłe jego powołanie zakonne i kapłańskie przejawiało się w różnych pobożnych „zabawach”; m.in. sporządzał w domu ołtarzyki, które widział w kościele. Z pobożnością i miłością wyśpiewywał to wszystko, co słyszał w świątyni, naśladując głos, gesty i postawę kapłana. Urządzał także z rówieśnikami procesje religijne na polach i wokół domu. Te dziecięce skłonności pobożnościowe przerodziły się w prawdziwe powołanie zakonne i kapłańskie w czasie jego rocznego pobytu w kolegium pijarskim w Podolińcu. Zwłaszcza jeden ze spotkanych tam pijarów stał się dla niego – jak to sam kiedyś wyzna – auctor (sprawcą) jego powołania. Pewne niezależne od niego przyczyny złożyły się na to, że zrealizował to powołanie dopiero 4 lata później, po studiach i po krótkim pobycie w Podegrodziu. Teraz w pełni zrozumiał, że wszystko, co ma dla niego znaczenie, jest nie tutaj – w wiosce rodzinnej, lecz tam – w dalekim klasztorze, w życiu zakonnym. I oto przyszedł dzień, kiedy jego matka zaczęła przygotowywać mu bagaż podróżny. Nie sposób opisać, co dzieje się w duszy matki, która wręcza synowi przygotowany przez siebie węzełek i żegna go wyruszającego w świat. Trudno odgadnąć, o czym myśli w tej osobliwej godzinie kobieta, która zaprowadziła swego syna na rozstaje dróg, aby mógł wybrać tę jedyną drogę wskazaną przez Boga. Zapewne z wielkim wzruszeniem i uczuciem jakiegoś niepokoju wręczała Jankowi bagaż jego troskliwa matka. Ze wzruszeniem, bo syn jej wybrał służbę Bożą, a to zawsze wielki zaszczyt i powód do cichej radości dla głęboko wierzącej kobiety. Z niepokojem, bo jej młody podróżnik znów się wybierał daleko, a tyle już razy spotykały go różne nieszczęścia w tamtym odległym od niej świecie. Toteż z mieszanymi uczuciami wręczała mu ów węzełek, ocierając zapewne po cichu łzy. Co było w tym węzełku, wiemy ze spisu sporządzonego później w domu 1 Conrad de Meester OCD, Z pustymi rękami, Kraków 1990, s. 31.

RkJQdWJsaXNoZXIy MjI2Mw==