Marianin Krzysztof Szwermicki

173 wielka wyprawa misyjna: 26 marca 1859 r. – 25 stycznia 1860 r. gorliwości i poświęcenia się, a ja niestety bardzo mało czułem w sobie tych świętych uczuć; oni wystawiali się na niewygody i różnego rodzaju niebezpieczeństwa, na każdym kroku swego apostolstwa, a mnie nic podobnego nie zagrażało, przynajmniej ze strony ludzi. Boże! Boże! Uczyń mnie godnym ich naśladowcą, zapal moje serce miłością ku Tobie i ku ludziom braciom moim.191 Szwermicki dobrze rozumiał, co działo się w sercach żołnierzy zesłańców, jak ciężka, a czasem tragiczna była służba polskich rekrutów, a widząc ich ciężki i smutny los, sam ujawnił swoje głębokie poruszenie i zanotował: „Przy modlitwie i śpiewaniu jakoś smutno i rzewnie w sercu robiło się, żeśmy tak oddaleni od nich, od ojczyzny, Bóg wie, czy kiedyś doczekamy się, aby żyć jeszcze na rodzinnej ziemi, kości w niej złożyć”192. W jego wspomnieniach tęsknota za ojczyzną i za rodziną przeplata się ze szczerą i głęboką miłością do zesłańców. W najdalszej części syberyjskiej podróży, w Błagowieszczeńsku, gdzie spotkał kilkudziesięciu rodaków (3 oficerów, 1 urzędnika, 45 żołnierzy, 2 kobiety i 2 mężczyzn), zapisał: Każdego dnia miałem Mszę Świętą, w czasie której udzielałem przygotowanym penitentom Najświętszy Sakrament Ciała i Krwi Zbawiciela. O z jak wielkim rozczuleniem przystępowali wszyscy do przyjęcia pokarmu niebieskiego! Z jak wielkim weselem witali mnie wszyscy! Na myśl, że w tym zakątku zapewne po raz pierwszy była spełniana bezkrwawa ofiara Syna Bożego i że mnie niegodnego wybrał Bóg na pierwszego, który zaniósł w to miejsce pociechę dla katolików, i moje łzy mieszały się ze łzami moich penitentów. Łzy 191 Szwermicki, Dziennik, s. 67–68. 192 Tamże.

RkJQdWJsaXNoZXIy MjI2Mw==