338 aneksy według sił swoich i możności ulżyć cierpieniom, niosąc wszędzie, obok wsparcia materialnego, pociechę duchową, wraz z tą cichą iskrą nadziei, która jedna jest tylko wstanie uchronić ludzi od zwątpienia i rozpaczy. Co roku odwiedzał swoich parafian, docierał do najodleglejszych zakątków, do najdzikszych okolic, nie pominął i nie opuścił nikogo, często zbaczał daleko z drogi, ażeby móc tylko odwiedzić i pocieszyć zapomnianego przez wszystkich nędzarza. Każdy też z jego parafian oczekiwał z upragnieniem i gorączkową niecierpliwością przybycia na wiosnę anioła pocieszyciela w osobie proboszcza, który umiał ożywić i umocnić każde zbolałe serce i natchnąć wiarą w lepszą przyszłość. Tą wiarą gorącą i szczerą był on na wskroś przejęty. „Kto nie wierzy w ojczyznę wolną, ten nie wart być Polakiem”, powiadał. „Niech jak chce będzie – dodawał – a wiosna zawitać przecie musi i do nas kiedykolwiek”. Wiarą taką ożywiony uważał każdą ofiarę składaną na ołtarzu wolności, czy to z życia młodzieńczego bojowników, czy tylko z ich wolności osobistej – jako środek skuteczny dla przyśpieszenia chwili zbawienia, czyli chwili, wedle słów jego, „kiedy zapanuje w społeczeństwach ludzkich zasada miłości i sprawiedliwości, gdy brat bratu przestanie być wilkiem”. Z prawdziwie męczeńskim wyrazem na twarzy towarzyszył na miejsce stracenia niewinnie na śmierć osądzonych (Eichmilera, Szaramowicza etc.). Boleść i cierpienie, odczuwane przez niego w owych chwilach, tak okropnych dla każdego szlachetnego człowieka, malowały się z potężną siłą na jego obliczu tak, że miał wtedy wygląd męczennika, dźwigającego krzyż za swych towarzyszy i kładącego obok ich życia własne swe serce na ołtarzu ofiarnym. Ksiądz Krzysztof miał zawsze myśli przepełnione gorącym współczuciem dla nieszczęść ludzkich, a ręce pełne dobrych uczynków. Zajmował się bowiem gorliwie losem
RkJQdWJsaXNoZXIy MjI2Mw==